Po walce z własnym lenistwem i bitwie z szefem, przychodzę do pracy i każe mi pracować dziwne, postanowiłem napisać małe co nie co. I od razu mogę rzucić stwierdzeniem, które ostatnio po błądzeniu w zakamarkach mojej świadomości ujrzało światło dzienne... wena twórcza na pisanie bloga jest odwrotnie proporcjonalna do poczucia szczęścia... z kwadratem nawet bym dodał. No bo o czym tu pisać? Jak taki człowiek jak ja, wiecznie marudzący i szukający dziury w całym, może pisać o tym że jest szczęśliwy. Ja potrafię nawet marudzić, że nie marudzę. Co właśnie teraz czynie... Z wieści ważnych i mniej ważnych...
Byłem u Pani Ż w domu, poznałem Jej rodzinkę. Przyznaję się bez bicia, miałem stracha. Podobno w domu miało nikogo nie być, ale najwyraźniej ktoś skłamał, bo nie chciał mi powiedzieć prawdy... Okolica malownicza, górki, doliny, lasy, parę mniejszych i większych jeziorek po drodze. Zajechaliśmy na podwórko, domek bliźniak, szopa, stodoła, ciągnik, swojsko ogólnie, prawie jak u mnie. Przed domkiem sad, stosunkowo młode drzewka. Po lewej jakieś bajoro, nie.. nie sądzę by były tam rybki, a obok stary sad. Dalej szopa połączona ze stodołą. Ogólnie te budynki wzbudzają moją ciekawość tylko wtedy kiedy cofam autem. Trzy schodki do domu i kiedy już wydawało się że niepostrzeżenie przedrę się do pokoju Pani Ż za horyzontu nadciągnęła Mama Pani Ż, dalej będzie zwana Mamą Ż. Drobna osóbka, ale jakże gadatliwa jak się później okazało. Niedaleko pada jabłko od jabłoni... w pozytywnym oczywiście sensie. Małe przywitanie, otwieramy drzwi do domu a tam Babcia Pani Ż, zwana dalej Babcią Ż. Strasznie dużo osób jak na ".. nikogo nie będzie w domu". Wreszcie pokój Pani Ż, drzwi z zamkiem, bardzo dobrze rokuje to na przyszłość. Okno z widokiem na las, droga ewakuacyjna więc dosyć prosta na wypadek małej niezgodności myśli z Tatą Ż. Nie będę się dalej rozpisywał o spotkaniu. Było dosyć miło i ciekawie. Przeżyłem a to najważniejsze.

0 komentarze:
Prześlij komentarz